Weselny weekend za nami

Weselny weekend za nami

Przyszedł czas by opowiedzieć Wam coś na temat wyjazdu,

o którym tyle pisałam na facebooku.

 

W piątek (12.10) o 5:00 wyruszyliśmy Polskim Busem do Warszawy.

Podróż wyjątkowo  minęła mi szybko, gdyż ją przespałam

(z czwartku na piatek spałam 3 godziny).

Wypiliśmy herbatkę i kawkę i usiedliśmy na pupy na 5 godzin.

Ta podróż także minęła szybko, tylko moje kości...

Jak one nie lubią długich podróży.

 

Jednak rekompensatą było zobaczyć moją wspaniałą przyjciółkę

z brzuszkiem na żywo!

(gdy już z krakowskiego dworca dotarliśmy na Hutę).

Wygląda bajecznie

- chciałabym tak wyglądać w ciąży.

 

Około 17 00 udało nam się dotrzeć do rodzinnych Koszyc mojej N.

Tam mój P. został oczarowany!

Rodzice (Pani A. i Pan K.) mojej przyjaciółki

przywitali go jak rodzinę.

Ja wiedziałam, że to przekochani ludzie,

a on mógł poczuć to na sobie.

 

Gdy już ulokowaliśmy się w pokoju,

zeszliśmy na dół, gdzie zostaliśmy przyjęci serdecznie,

a nasze rozmowy z N., jej rodzicami i braćmi trwały do 23:00.

Jednak spać położyliśmy się dużo później gdyż z N. nie mogłyśmy się nakadać

- nie wiedziałyśmy się 3 lata:(

 

A i tam w Koszycach jest taki zwyczaj, że robi się koronę

na drzwiach domu z którego Panna młoda będzie wychodziła.

Jest to dekoracja z kwiatów i gałązek drzew.

U nas na podlasiu nigdy o czyms takim nie słyszałam,

ale to miły zwyczaj.

 

 

I następnego dnia się zaczęło.

Najpierw była fryzjerka, która uczesała pannę młodą,

a zaraz potem pojechałam z N. i jej młodszym bratem (P.) do kosmetyczki,

tzn. N. podwieźliśmy tam,

a my pojechaliśmy kupić prezenty rodzicom.

Później do domku

i suknia ślubna poszła w ruch.

 

Byłam mega szcześliwa, że mogę być z tak bliską mi osobą

w tak ważnym dniu.

Rodzice N. tylko się śmieli, że muszę mieć cierpliwość

skoro z nią wytrzymuję,

a ja po prostu sama wiem jak ja przeżywałam swój ślub

i wcale lepsza nie byłam:P

 

Nadszedł moment przyjazdu Pana młodego

i zaczęło się wszystko na maxa.

 

Ślub w Koszyckim kościółku był uroczy,

a oni tacy...szczęśliwi.

 

A wesele?

To było najlepsze wesele na jakim byliśmy.

Piękna sala, świetny zespół,

smaczne jedzenie

(rosołek, mięso z bardzo dobrym sosem, lody,

mięsko po raz 2 i gulasz w chlebie

- naprawdę wyśmienite:)

 

Towarzystwo do tańca i do różańca

( a odrobinkę sie martwiliśmy bo prócz młodych i najbliższej rodziny młodej

nie znaliśmy nikogo), dobry alkohol i uśmiechnięta Panna młoda:)

Bawiliśmy się fenomenalnie i nawet wygraliśmy grę...

z majtkami:P

 

Czyli jest siedem par.

Każdy pan zakłada majty (na garnitur oczywiście)

i tańczy ze swoją partnerką w rytm muzyki,

gdy muzyka milknie pan zdejmuje majtki jak najszybciej,

przekazuje je swojej partnerce i wtedy ona je zakłada.

I tak aż zostanie jedna zwycięska para,

czyli w tym wypadku MY;)

 

Była jeszcze Chusteczka haftowana,

goście tworzą kółeczko,

w środku są młodzi z chusteczkami

i leci piosenka "mam chusteczkę haftowaną co ma 4 rogi...",

osoba z chusteczką wybiera sobie osobę, kładzie przed nią chusteczkę,

oboje na nia klękają wymianiają pocałunki

i osoba, która otrzymała chusteczkę wchodzi do środka

i wtedy to ona szuka sobie "sympatii".

To po tej grze bolały mnie tak kolana, że rano ledwo schodziłam ze schodów:D

 

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takimi grami,

ale były naprawdę fajne.

 

Niestety jedyny minus tego weekendu to...

mój organizm, który pozwolił mi sie bawić tylko 10 godzin

i o 2:00 musiałam wrócić do domu

(w sensie do domu rodziców N.).

 

 

Jednak powiem Wam, że nie mogłam przestać się uśmiechać,

myslę, że nawet przez sen się usmiechałam,

tak mi dobrze tam było.

 

W niedzielny poranek dostalismy tyle komplementów,

że chyba nam starczy na przyszły rok.

Byliśmy nawet namawiani aby wracać do domu w poniedziałek,

niestety bilety zarezerwowane,

a niestety za droga to podróż by płacić podwójnie i

praca czekała w domu niestety.

 

To był fantastyczny weekend.

Pewnie o wielu rzeczach Wam nie napisałam,

pewnie nie przekazałam tak jak bym chciała swoich emocji,

ale musicie uwierzyc na słowo, że

na takie wesela to ja mogę chodzić co tydzień;)

 

W Warszawie byliśmy z opóźnieniem z powodu wypadku,

na miejscu poszliśmy na kolację,

a o 20:30 wsiedliśmy do autobusu,

który zawiózł nas do domku.

 

To była najprzyjemniejsza podróż

jaką do tej pory przeżyłam.

Pół drogi rozmawialismy z N. i jej mężem T.

Usłyszałam tyle miłych słów, że pewnie byłam purpurowa

z zawstydzenia i jeszcze łzy mi z oczu popłynęły tak się wzruszyłam.

 

 

lody

 

 

Drugi pół drogi oglądaliśmy "Czekoladę".

To było miłe zakonczenie tego słodkiego weekendu:)

 

A żeby było śmiesznie to odkryłam po powrocie do domu, że 11 lat mojej znajomości z N. minęło 15.10 :)

Ten październik coś w sobie ma!

 

jesień

Zostaw swój Komentarz

kamila rowinska cele

airbnb zniżka